Staropolskie osieczan zabawy

kulig„Kulig jedzie, zje, popije i pojedzie” – tak niegdyś określano ulubioną zabawę zapustną szlachty.
Ongiś kulig był nieodłączną częścią karnawału, choć rozpowszechnioną jedynie wśród „lepiej urodzonych”. Staroszlachecki kulig był zabawą, która niejednego biedniejszego pana brata mogła puścić z torbami. W czasach stanisławowskich powiadano, że kulig „jeszcze od Popiela – ma cel zalać każdemu gardziela”. Bo też pito bez umiaru, obżerano się nieprzystojnie, a hulanki trwały do rana.
Początkiem kuligu było skrzyknięcie się paru sąsiadów. Pakował jeden z drugim na sanie małżonki i całą rodziną i ruszano objeżdżać sąsiadów. Były to wizyty niezapowiedziane i wielce wyczerpujące odwiedzanych, ale biada takiemu, który źle przyjął i poskąpił gościom! Ksiądz Kitowicz, baczny obserwator czasów saskich, któremu zawdzięczamy opisy ówczesnego życia, zanotował: „Gdy już wyżarli i wypili wszystko co było, brali owego nieboraka z sobą, z całą jego familią i ciągnęli do innego sąsiada, któremu podobneż pustki zrobiwszy, ciągnęli dalej aż póki w kolej do tych, którzy zaczęli kulig, nie doszli”.

Tegoroczny  kulig  nieco  różnił  się od wzorców staropolskich. Przede wszystkim śniegu jak na lekarstwo… Nawet na Babiej Górze. Ale brak śniegu nie  przeszkodził osieczanom w świetnej zabawie.  Po  przejażdżce szlakami Babiogórskiego Parku Narodowego wyśmienicie smakowały własnoręcznie upieczone na ognisku kiełbaski i ciepły trunek. Powrót do karczmy z pochodniami również dostarczył wielu wrażeń.  A potem … tańce, hulanki niemal do rana. Po staropolsku! 

A działo się to 18 stycznia i 1 lutego w karczmie Styrnol w Zawoi.

K.D.